potęga życzliwości
Dajcie dzieciom Ojczyznę!
W Charkowie na Ukrainie jest dom dziecka. Dobry dom dziecka: przytulne pokoje, akwarium, basen. Postarały się miejscowe władze i biznesmeni pomogli. Kierownik miejscowego urzędu edukacji pokazywał nam sale i opowiadał, że dzieci z tego domu dziecka chodzą do zwykłej szkoły. Popatrzyłem przez okno: dzieci grupkami wracały ze szkoły i tylko jedna dziewczynka szła oddalona od wszystkich.
– To Sonia. Chodzi do pierwszej klasy – opowiadał dyrektor. – Ona zawsze chodzi sama. Uważa, że już niedługo zaadoptuje ja żydowska rodzina.
– Dlaczego żydowska? Ona nie jest podobna do żydowskiego dziecka. Włosy ma jasne, przypuszczam, że jest Ukrainką.
– Ktoś jej w szkole powiedział, że Sonia to żydowskie imię, więc ona jest żydówką, a trzyma się z dala od wszystkich, bo uważa, że jeśli będzie chodzić w grupie, to przyszli rodzice mogą jej nie zauważyć.(…)
Tak zaczyna się jedno z najpiękniejszych opowiadań jakie ostatnio czytałem… a może nawet najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek czytałem… Głęboko się wzruszyłem i uroniłem kilka łez. Czytałem, myślałem, odczuwałem, i chyba udało mi się poruszyć i wydobyć na wierzch moją najgłębszą życiową – duchową i materialną za razem – tęsknotę… Autorem opowiadania jest Władaimir Megre – autor książek z serii “Anastazja – Dzwoniące Cedry Rosji”… Wkleiłem tu cały rozdział z 7 tomu niewiele zmieniając w oryginalnym tekście… Ciekaw jestem czy z Twoich oczu również popłynie łezka.
(…) Wspaniały ten dom dziecka w Charkowie. W innym miastach Ukrainy, Białorusi i Rosji dużo jest domów dziecka. Żyją tam dzieci. Lecz chociaż te sierocińce maja przytulne pomieszczenia, dzieci marzą o rodzicach i rodzinie. Szła Sonia poważnym krokiem przez podwórze, miała na nóżkach szare buciki. Szła szczuplutka pierwszoklasistka Sonia, i marzyła…
Mijały dni, miesiące. Sonia jeszcze nie wiedziała, że domy dziecka istnieją od dawna w różnych krajach, lecz nie wszystkie dzieci zostają adoptowane, że większość z nich skazana jest na życie bez rodziców. Nie wzięli i Soni. Jej życie potoczyło się jednak niestandardowo. W tym czasie grupa ludzi, mieszkańców Charkowa, zdecydowała się wybudować niedaleko miasta osiedle. Udało im się zdobyć sto pięćdziesiąt hektarów ziemi i sto dwadzieścia rodzin zaczęło budować swoje rodowe dwory.
Jedna działka na skraju pozostała niezagospodarowana. Podjęli więc decyzję, by oddać ją jakiemuś dziecku z sierocińca. Tak się stało, że wybór padł na Sonię. Dziewczynkę przywieźli na jej działkę samochodem razem z wychowawczynią.
– Widzisz, Soniu, tu zostały wbite kijki i naciągnięty między nimi sznurek. Za tym sznurkiem leży twoja ziemia, cały hektar. Sprezentowali ja tobie ludzie, którzy obok też wzięli po hektarze i będą tam zakładać ogrody i budować domy. Ty też, kiedy dorośniesz, możesz wybudować sobie dom, zasiać ogród, posadzić drzewa. Twoja ziemia będzie na ciebie czekać.
Dziewczynka podeszła do sznurka, dotknęła go i zapytała wychowawczynię:
– Czy to znaczy, że za tym sznurkiem moja ziemia? A ja za sznurkiem mogę robić, co tylko zechcę?
– Tak, Sonieczko, ta ziemia jest twoja. I tylko ty sama możesz decydować o wszystkim, co tu wyrośnie.
– A co na niej wyrośnie?
– No, na razie, jak widzisz, różne ziółka i trawka, a na sąsiednich działkach widać już posadzone jabłonie, grusze i inne owocowe drzewka. Niedługo tam zakwitną ogrody. Ty też, kiedy dorośniesz, sama zdecydujesz, co i gdzie posadzisz na swojej ziemi, żeby też było uroczo jak u sąsiadów.
Sonia schyliła się, przeszła pod sznurkiem na swoja ziemię, zrobiła kilka kroków wzdłuż sznurka, wnikliwie wpatrując się w trawę, we wszystko, co się w niej snuło i dźwięczało. Doszła do rosnącej małej brzózki, dotknęła jeszcze cieniutkiego jej pnia, odwróciła się do wychowawczyni i lekko wzruszonym głosem zapytała:
– A drzewko? Brzózka? Też tylko moja?
– Pewnie, że tak, Sonieczko, i brzózka teraz tylko twoja, gdy na twojej ziemi rośnie. Kiedy trochę podrośniesz, będziesz mogła i inne drzewa posadzić. A na razie pora na nas, niedługo obiad, muszę być z dziećmi.
Dziewczynka odwróciła się do swojej działki i w milczeniu się w nią wpatrywała… Kto ma dzieci, ten wie, że bawiąc się, często odgradzają z różnych rzeczy improwizowane pokoje, a na wioskach budują szałasy. Nie wiadomo, dlaczego każde dziecko ma potrzebę odgradzania od wielkiego świata swojego małego, tworząc własna przestrzeń? Dzieci z domu dziecka maja wspólna przestrzeń. Ta wspólna przestrzeń, nawet jeśli jest fantastycznie urządzona, działa na nie przygnębiająco.
Sonia, tak jak inne dzieci z sierocińca, nigdy nie miała własnego kącika, nawet odrobiny. A teraz stoi za sznurkiem, gdzie wszystko należy tylko do niej… I trawka, i żywe owady w tej trawie, i brzózka…
Drobniutka dziewuszka odwróciła się ku wychowawczyni. I zaczęła mówić… W jej głosie łączyły się nuty błagania i zdecydowania.
– Proszę, bardzo, bardzo proszę, pozwólcie mi tu zostać. Jedzcie beze mnie, sama przyjdę.
– Jakże ty przyjdziesz – to trzydzieści kilometrów?!
– Przyjdę – twardo odparła Sonia. – Będę szła i dojdę, może autobus mnie zabierze. Błagam, pozwólcie mi pobyć samej na mojej ziemi.
Kierowca samochodu i jednocześnie właściciel sąsiedniej działki, usłyszawszy tę rozmowę, zaproponował:
– Niech dziewczynka tu zostanie do wieczora. Teraz was odwiozę, a ją na wieczór.
Po zastanowieniu się wychowawczyni wyraziła zgodę. Ona nie mogła się nie zgodzić, spojrzawszy na twarz dziewczynki stojącej za sznurkiem i czekającej na jej decyzję.
– Dobrze, Soniu, zostań tu do wieczora, a obiad przyślę ci z kierowcą.
– Ależ po co przesyłać?! My się podzielimy obiadem z sąsiadką – powiedział kierowca łady, z szacunkiem wypowiadając słowo “sąsiadka”.
– Klaudio, słyszysz? – krzyknął do żony, krzątającej się przy przygotowywaniu obiadu na werandzie budującego się domu.
– Dzisiaj dla czterech gotuj obiad, sąsiadka dzisiaj z nami zje obiad!
– Dobrze – odpowiedziała kobieta – starczy dla wszystkich – i zwracając się do Soni, dodała:
– Mów, kiedy będziesz czegoś potrzebować.
– Dziękuję – powiedziała absolutnie szczęśliwa Sonia.
Kiedy wychowawczyni pojechała, Sonia poszła wzdłuż naciągniętego między kijkami sznurka. Szła powoli, czasami przystając, kucała w trawie, dotykała w niej czegoś rączkami i znowu szła, aż całą działkę obeszła wzdłuż miedzy. Potem stanęła na środku hektara i obejrzała wszystkie strony granicy, i nagle, rozłożywszy raczki, pobiegła, tańcząc i podskakując.
Po obiedzie Klaudia, widząc zmęczoną wrażeniami dziewczynkę, zaproponowała jej położenie się na łóżku turystycznym. Sonia jednak odpowiedziała:
– Jeśli można, dajcie mi coś ze starego ubrania, żebym mogła pościelić. Pośpię na swojej ziemi, przy brzózce.
Nikołaj (tak miał na imię sąsiad) postawił turystyczne łóżko z materacem i kołdrą przy brzózce na działce Soni.
Dziewczynka położyła się i natychmiast mocno zasnęła. To był jej pierwszy sen na rodowej ziemi. W domu dziecka powstał nierozwiązywalny, jak się na początku wydawało, problem. Codziennie Sonia prosiła wychowawczynię o pozwolenie na wyjazd na swój hektar ziemi. Żadne tłumaczenia, że ona jest za mała na samotna jazdę autobusem, a wychowawcy też nie mogą jechać, bo muszą być z dziećmi, nie pomagały.
Sonia zaczęła często odwiedzać dyrektora domu dziecka. Tłumaczyła mu, że powinna obowiązkowo jeździć na swoja działkę. Obowiązkowo dlatego, że na sąsiednich już drzewa sadzą i niedługo zakwitną ogrody, a jej ziemia wygląda na porzuconą i nic tam nie zakwitnie! W końcu dyrektor znalazł rozwiązanie odpowiednie dla Soni.
– Teraz, Soniu, nie ma możliwości wożenia ciebie na działkę, bo poza wszystkim zostało jeszcze pół miesiąca nauki. Za dwa tygodnie rozpoczynają się wakacje, porozmawiam z twoimi sąsiadami i jeśli zgodzą się tobą zaopiekować, to w czasie wakacji odwiozę cię na parę dni, na tydzień, a może i dłużej.
A teraz te pół miesiąca mogłabyś spędzić z pożytkiem dla twojej działki. Oto dwie broszurki: weź je i poczytaj. W jednej jest mowa o tym, jak robić grządki, a w drugiej, jakie są lecznicze zioła. Jeśli będziesz się dobrze zachowywać, to ja dla ciebie przygotuję do wakacji różne nasiona.
Sonia zachowywała się dobrze. Starannie rozwiązywała zadania domowe, a cały, absolutnie cały wolny czas spędzała na czytaniu sprezentowanych przez dyrektora broszurek. Kładąc się spać, marzyła, wyobrażając sobie piękne rośliny, które wyrosną na jej ziemi. Pewnej nocy wychowawczyni zauważyła, że Sonia maluje przy wlewajacym się przez okno świetle księżyca. Jak natchniona malowała kwiaty i drzewa.
Sąsiedzi zgodzili się zaopiekować Sonią, i kiedy rozpoczęły się letnie wakacje (na Ukrainie zaczynają się one 25 maja), dyrektor osobiście pomagał ładować do samochodu suchy prowiant na dwa tygodnie, łopatkę, grabki i opakowanie z nasionami.
Nikołaj nie chciał brać jedzenia z domu dziecka, ale dyrektor mu wytłumaczył, że Sonia jest dziewczynką niezależną, nigdy nie chce być dla nikogo ciężarem i lepiej, żeby wiedziała, że ma własne produkty. I oprócz tego swój śpiwór, chociaż rodzina Nikołaja przygotowała już dla niej mały pokój na parterze i pościel.
Odprowadzić Sonię wyszli nie tylko wszyscy pracujący tego dnia w domu dziecka, ale także wielu innych, którzy przyszli do pracy specjalnie po to, by popatrzeć na promieniująca szczęściem twarz dziewczynki. Pierwsze trzy noce Sonia spała w przeznaczonym dla niej pokoju, a całe dni spędzała na ukochanym hektarze. Na trzeci dzień Nikołaj miał urodziny i przybyło dużo gości. Jedna młoda para przyjechała z własnym namiotem. Następnego dnia goście odjechali, a namiot zostawili.
- To prezent dla ciebie – powiedzieli do Nikołaja.
Sonia wtedy poprosiła go o zgodę na nocowanie w namiocie i on pozwolił.
– Pewnie, śpij, jeśli chcesz. Duszno ci w pokoju?
– W pokoju jest wspaniale – odparła dziewczynka – tylko wszyscy ludzie śpią na swojej ziemi, a moja pozostaje na noc samotna. Na wielu działkach płoną ognie, a na mojej ciemno.
– A może byś chciała, żebym postawił namiot na twojej działce?
– Bardzo chcę, wujku Kola! I żeby obok brzózki… Jeśli będziecie mieli czas i jeśli to wam nie sprawi kłopotu…
Wszystkie pozostałe noce Sonia spała w namiocie postawionym obok brzózki na jej hektarze. Rano, natychmiast po obudzeniu się szła do stojącego przy wejściu wiadra, nabierała z niego czerpakiem wodę i wziąwszy ja do buzi, pryskała cienkim strumykiem w dłonie i tak się myła. Następnie brała album, na którego kartkach były już rysunki planu hektara, zrobione własnoręcznie. Patrzyła na nie, a potem szła robić klomby i grządki zgodnie z tymi rysunkami. Sprezentowanej przez dyrektora małej saperskiej łopatki, chociaż była naostrzona, nie udawało się Soni wbić w ziemię do końca – sił jej starczało tylko na wbicie do połowy, ale grządki i tak powstawały.
Sąsiad Nikołaj zaproponował zaoranie małym traktorkiem tych miejsc, które Sonia wskaże, lecz ona kategorycznie odmówiła. Ona w ogóle bardzo boleśnie reagowała na każde wkroczenie na jej terytorium. Ludzie to wyczuwali i starali się nie przekraczać wyznaczonej miedzy bez jej zezwolenia. Nawet sąsiad Nikołaj, obudziwszy się rano, dochodził tylko do sznurka i stąd wołał Sonię, zapraszając na śniadanie.
Jakieś niespotykane dążenie małej dziewczynki ku samodzielności, czy może lęk przed byciem dla kogoś ciężarem nie pozwalały jej o cokolwiek prosić, a nawet gdy ktoś z mieszkańców osiedla próbował zaproponować ubranie, cukierki lub narzędzia, ona uprzejmie dziękowała i kategorycznie odmawiała.
Przez dwa tygodnie pobytu na swojej ziemi Sonia skopała i obsiała trzy grządki, a na środku działki zrobiła duży klomb. Rankiem ostatniego dnia pobytu Soni Nikołaj jak zawsze podszedł do granicy działki, by zawołać ją na śniadanie. Dziewczynka stała wpatrzona w klomb, na którym jeszcze nic nie urosło, i nie odwracając się, odpowiedziała:
– Wujku Kola, nie wołaj mnie dzisiaj na śniadanie. Dzisiaj nie chcę. Nikołaj opowiadał, że wyczuł w jej głosie cierpienie i z trudem wstrzymywany płacz. Wrócił do siebie i zaczął obserwować Sonię przez lornetkę. Dziewczynka chodziła po działce, dotykała roślin, coś poprawiała na grządkach, potem podeszła do swojej brzózki, objęła ja raczkami, a jej ramiona mocno drżały.
Przed południem przyjechał stary bus, kierowca zatrzymał go przy działce Nikołaja i zatrąbił.
– Kiedy zobaczyłem – opowiadał Nikołaj – jak ona zbiera swój skromny dobytek, łopatkę i grabie, jak ponuro skierowała się w nasza stronę. Kiedy przez lornetkę zobaczyłem jej twarz, nie wytrzymałem, chwyciłem komórkę i zadzwoniłem do dyrektora domu dziecka. Na szczęście dodzwoniłem się natychmiast. Powiedziałem, że podpiszę każdy papier, biorąc na siebie odpowiedzialność za dziecko. Wezmę urlop, bez przerwy będę na działce, żeby tylko dziewczynka mogła do końca wakacji znajdować się na swojej ziemi.
Dyrektor zaczął tłumaczyć, że wszystkie dzieci muszą wyjechać na leczenie nad morze, że od dawna czekali na taka możliwość i wreszcie jadą dzięki sponsorom. Powiedziałem coś dyrektorowi po męsku, ale on się nie obraził, też coś odparł po męsku i natychmiast dodał: “Dajcie słuchawkę kierowcy, a jutro sam przyjadę”. Wybiegłem, podałem słuchawkę i mówię do niego:
– No, przyjacielu, szybko odjeżdżaj!
On pojechał, a Sonia, podchodząc, zapytała:
– Wujku, to nasz autobus przyjechał po mnie? To dlaczego odjechał?
– Zaraz po ciebie! Przyjechał tak po prostu, pytał, czy czegoś nie potrzebujesz, lecz odpowiedziałem, że sami sobie poradzimy.
Sonia wnikliwie spojrzała na mnie, wydawało mi się, że zrozumiała, cicho wymówiła:
– Dziękuję, wujku Kola – i wpierw szła, a potem prędko pobiegła do swojej ziemi.
Dyrektor przyjechał wcześnie rano, a ja już na niego czekałem. Od razu skierował się do namiotu, a nie do mnie. Nawet nie zdążyłem go uprzedzić, żeby nie przekraczał sznurka. On jednak sam się domyślił i wiedział też, co powiedzieć, gdy dziewczynka do niego wyszła:
– Dzień dobry, Soniu. Przyjechałem, żeby tylko zapytać: wyjeżdżamy nad morze, a ty co, zostaniesz tu czy pojedziesz z nami?
– Zostaję – nie powiedziała, ale wykrzyknęła Sonia.
– Też tak myślałem, dlatego przywiozłem ci suchy prowiant.
– Nie trzeba się fatygować, marnować czasu. Niczego nie potrzebuję.
– Nie trzeba? A jak mam postąpić? Państwo daje środki na każdego wychowanka, a ty tu sama będziesz się i wychowywać, i żywić. Jak w takim razie mam się rozliczyć z państwowych pieniędzy? O nie, bądź tak uprzejma i weź wszystko. No to rozładowujemy – zwrócił się do kierowcy, a następnie do Soni:
– Pozwól nam wstąpić. Może nam pokażesz swoje gospodarstwo?
Sonia przez parę minut patrzyła na dyrektora, próbując zrozumieć, czy z niej nie żartuje. Zobaczywszy za chwilę, że kierowca wyciąga z busa jakieś ciężkie torby, uwierzyła, że zostaje na swojej ziemi do końca wakacji, i radośnie krzyknęła:
– Ojejku! Co też ja… Proszę wchodzić… Tu przecież furtka, tu nie ma sznurka. Chodźcie w gości,
pokażę wam swoje gospodarstwo. Wujku Kola, też proszę wchodzić.
Sonia zaprowadziła nas do namiotu i od razu zaproponowała wodę ze stojącego u wejścia wiadra.
– Proszę, tu woda, biorę ja ze źródła, jest smaczna i lepsza niż z kranu. Proszę, napijcie się.
– Chętnie – powiedział dyrektor i nabrawszy pół czerpaka, ze smakiem wypił.
– Dobra woda.
Ja też wypiłem, kierowca również. Chwaliliśmy tę wodę ku wielkiemu zadowoleniu Soni. Chyba po raz pierwszy w życiu posiadała coś własnego. Niechby tylko woda, ale jej własna. I po raz pierwszy mogła obdarzyć nią dorosłych. Sonia zaczynała odczuwać swoja przynależność do tego świata. Ponad półtorej do dwóch godzin słuchaliśmy jej opowieści, co wysiała, a co zamierza. Pokazywała nam przy tym rysunki przyszłego rodowego dworu. Nie było na nich tylko domu.
– Pora na nas – powiedział dyrektor.
– Sama rozpakujesz rzeczy. Przywiozłem ci też lampę na akumulatorach, można świecić na odległość, a jeśli przełączyć na światło dzienne, to można i czytać, tym bardziej że będziesz miała co czytać. Przywiozłem ci książki o urządzaniu ogrodu, a także o uprawie roślin oraz ziół.
– Och, zupełnie zapomniałam – machnęła rękami Sonia.
– Migiem! – podniosła zasłonę namiotu i ujrzeliśmy pęczki różnych ziół zawieszone na sznurkach naciągniętych w poprzek namiotu. Pozdejmowała je i podała dyrektorowi.
– To jaskółcze ziele, takie ziółko, zebrałam dla Katii z naszej grupy. Należy zaparzać i pić ten napar. Ona często choruje. Przeczytałam w broszurce, którą pan mi dał, i nasuszyłam.
– Dziękuję…
Owszem, dobry człowiek ten ich dyrektor, i dzieci kocha. Gdy później rozmawialiśmy, pytał mnie o zachowanie Soni, dawał dobre rady. A Sonia całe wakacje przeżyła na swojej ziemi. Rozkwitły wspaniałe kwiaty na dużym klombie. Urosły i cebula, i rzodkiewka, i inne rośliny. Wieczorami, kiedy dni stały się krótsze, często można było widzieć w namiocie światło lampy. Każdego wieczoru Sonia czytała książki o medycynie ludowej i rysowała w albumie przyszłość swojej ziemi. Pod koniec lata przyjechał po nią stary bus i pomogłem jej załadować zbiory. Mieliśmy co ładować. Samych ziół nasuszyła ze dwieście pęczków. Worek ziemniaków, trzy dynie. Jednym słowem, załadowaliśmy cały bus.
– A następnego roku jak? – zapytałem Sonię.
– Zamierzasz przyjechać? Mam zachować namiot?
– Obowiązkowo przyjadę na następne wakacje. Już pierwszego dnia przyjadę do mojej ziemi. Jesteście, wujku Kola, dobrym sąsiadem. Dziękuję wam za tak dobre sąsiedztwo – podała rękę. Mocniejsza już była jej raczka. Sonia nie tylko się opaliła, ale też zahartowała. Była pewniejsza siebie.
Następnej wiosny przyjechała z sadzonkami owocowych drzewek, różnych roślin i natychmiast przystąpiła do pracy. Mieszkańcy naszej wioski na zebraniu podjęli decyzję o wybudowaniu dla Soni małego domku. A żona biznesmena, który budował największa willę, Zinaida, zaczęła naciskać, żeby nie był mały, lecz duży.
– Wstyd patrzeć ludziom w oczy. Wszyscy na osiedlu budują domy jak zamki, a jedno jedyne dziecko mieszka w namiocie. Goście, przyjeżdżając i to widząc, myślą o nas Bóg wie co.
Znając charakter dziewczynki i jej chorobliwy stosunek do wszelkich prezentów, rozmowy z nią o budowie domu powierzono mnie. Przyszedłem do niej i mówię:
– Na radzie wioski ludzie podjęli decyzję oz budowaniu dla ciebie małego domku. Ty jedynie wskaż miejsce, gdzie ma stać.
Sonia popatrzyła na mnie podejrzliwie i pyta:
– A ile on będzie kosztował, taki mały domekł
Nic nie podejrzewając, odpowiedziałem:
– No, tak około dwustu tysięcy, po dwa tysiące z każdej rodziny.
– Po dwa tysiące? Przecież to są bardzo duże wpłaty… Ludzie w rezultacie mniej kupią dla własnych dzieci, a na mnie wydadzą. Wujku Kola, bardzo proszę, przekaż, że nie potrzebuję na razie domu. Miejsca też dla niego jeszcze nie wymyśliłam. Proszę, wytłumacz ludziom.
Sonia się zdenerwowała. Zrozumiałem dlaczego. Ona, otrzymawszy swój hektar, po raz pierwszy w życiu poczuła się niezależna. Ten hektar zastąpił jej rodziców. On potrzebował jej, a ona jego. Intuicyjnie dziewczynka przeczuwała albo wyobrażała sobie, że ziemia nie chce, by dotykały jej obce ręce. I nie daj Bóg, jeśli ktoś, choćby niemym spojrzeniem, za to ją osądził. Ważniejsza od własnego domu jest dla niej niezależność.
Musiałem przekonywać sąsiadów, by nie robić na siłę żadnych prezentów. Niewiele czasu upłynęło od tamtego dnia, gdy wydarzyło się coś niezwykłego. Pędzą znad jeziora dzieciaki obok działki Soni, a z przodu przed wszystkimi Edek, syn biznesmena. On zawsze żartował z Soni, nazywając małą, chociaż sam był od niej starszy tylko o trzy lata.
– Hej, mała – krzyknął do niej – nadal się zajmujesz upiększaniem landszaftu? Nie znudziło ci się to zajęcie? Lepiej chodź z nami, popatrzymy na przedstawienie.
– Jakie przedstawienie? – zapytała Sonia.
– Mój tata za chwilę będzie podpalał barak dla budowlańców. Widzisz, tam już przyjechała straż pożarna.
– Po co go palić?
– Bo psuje widok.
– Przecież po tym, jak się spali, na ziemi nic nie urośnie.
– Dlaczego nic nie urośnie? – Bo spala się wszystkie pożyteczne robaczki i owady. Ja paliłam przy namiocie ognisko i teraz tam nic nie wschodzi.
– Ależ ty, mała, jesteś przenikliwa. No to ratuj nasze robaczki. Zabierz stary barak, bo tato nie wie, gdzie go wyrzucić.
– Jak mam go zabrać? Przecież on jest ciężki.
– Jak, jak! Pewnie, że dźwigiem. Pojutrze do nas przyjedzie dźwig ustawiać wiatrak. Zabieraj albo za chwilę będzie wielkie ognisko.
– Dobrze, Edku, zabiorę wasz barak.
– To idziemy.
Sąsiedzi, i dorośli, i dzieciaki, zebrali się przy działce rodziców Edka. Straż pożarna już stała w gotowości. I nagle Edek podchodzi do kierującego się w stronę baraku z kanistrem benzyny ojca, i zwraca się do niego ku niezadowoleniu dzieciaków i miłemu zaskoczeniu dorosłych:
– Tato, nie trzeba podpalać tego baraku.
– Co to znaczy: nie trzeba? Dlaczego?
– Sprezentowałem go.
– Komu?
– Tej małej.
– Której małej?
– Soni z ostatniej działki.
– Co? Zgodziła się? Zgodziła się przyjąć od ciebie?
– Tato, nie wierzysz mi? No to sam ja zapytaj.
Edek wziął za rękę stojącą w tłumie dzieci Sonię i zaprowadził do Ojca.
– Powiedz, że zgodziłaś się zabrać tę budkę. Mów!
– Tak – cicho odpowiedziała Sonia.
O, nie mógł biznesmen ukryć rozpierającej go z powodu syna dumy. Tylko popatrzcie: od nikogo nic nie brała, a od jego syna przyjęła prezent honorowa Sonia! Dzieciaki się rozbiegły, a on zawołał pracującą przy jego willi brygadę i zaproponował:
– Tak, panowie, bierzcie najlepszy materiał, pracujcie przez cała dobę – płacę podwójnie – ale za dwa dni wewnątrz tej budki ma być mieszkanie na poziomie europejskim. Na zewnątrz ma być tam samo poszarpane, ale wewnątrz…
Minęły dwa dni. Na działce Soni, obok brzózki, na miejscu namiotu został postawiony na ceglanym fundamencie poszarpany barak. Poszarpany, lecz przygotowany przez budowlańców do malowania. A fińska farba i pędzle już wewnątrz czekały. Sonia później już go sama pomalowała – swój pierwszy w życiu domek, stojący na jej własnej ziemi. Następnego lata domek ten był podobny do bajkowego, opleciony dzikim winogronem, bluszczem i otoczony kwitnącymi klombami.
* * * * * * * * * * * * * * * *
Minęło dziesięć lat. Po skończeniu szkoły Sonia już rok mieszkała w swoim dworku. Na osiedlu tonęły w zieleni wysokie wille, ale najbardziej urocza, najwspanialsza była działka Soni. Kiedy jej rówieśnicy zostawiali dom dziecka, odchodząc donikąd, próbując się dostać do jakiejkolwiek zawodówki, żeby tylko mieć internat, byle znaleźć jakaś pracę, żeby tylko mieć co jeść i żeby wystarczało na to jedzenie – Sonia już wtedy była człowiekiem zamożnym. Mieszkańcy osiedla sprzedawali warzywa i owoce pośrednikom. To, co zostało wyhodowane na ich działkach, pokupowali za wysoka cenę i sprzedawali dalej, do sklepów z ekologiczna żywnością oraz do krajów Unii Europejskiej. Robiła tak i Sonia, chociaż większą część jej plonów kupowali ludzie przyjeżdżający z miasta, którzy dowiedzieli się o niezwykłej dziewczynie i jej cudownym dworku. Ponadto Sonia zbierała zioła i pomagała ludziom pozbyć się chorób.
Pewnego lata do rodziców, mieszkających już na stałe w swoim rodzinnym dworze, przyjechał Edek. Od trzech lat studiował na prestiżowym amerykańskim uniwersytecie. Czekała go skomplikowana operacja. Być może zamorska woda i jedzenie spowodowały problemy z nerkami i wątrobą. Przed zabiegiem Edek zdecydował się przyjechać na tydzień do rodziców. Jego matka, Zinaida, zaproponowała:
– Synku, może pójdziemy do naszej miejscowej uzdrowicielki? A nuż pomoże…
– Co ty, mamo, w jakim wieku żyjesz? Na Zachodzie medycyna od dawna stoi na wysokim poziomie. Co trzeba – odetną i wymienią. I nie trzeba się denerwować. Nie pójdę do żadnych babek czy znachorek, to przecież niedzisiejsze.
– Ale ja nie proponuję iść do babki. Pamiętasz małą dziewczynkę z domu dziecka, na końcu naszego osiedla, która sama swój hektar zagospodarowała ku zdziwieniu wszystkich? Do niej pójdziemy.
– Aha, ta mała. Coś sobie przypominam.
– Teraz ona nie jest “mała”, lecz bardzo szanowana przez wszystkich. Za jej plony pośrednicy gotowi są płacić podwójną cenę, a po zioła przyjeżdżają ludzie z najdalszych miejsc, chociaż ona się nie reklamuje.
– Ale skąd ma tę wiedzę?
– Przecież od pierwszej klasy każde lato spędzała na swojej działce, a zimą codziennie czytała książki o ogrodnictwie i medycynie ludowej. Dziecięcy umysł jest wyostrzony, szybko wchłania wiedzę. Dużo czerpała z książek, ale ludzie mówią, że do wielu rzeczy sama doszła. Mówią też, że rozmawia ze swoimi roślinami. One ja rozumieją.
– Ale “mała”! Ile ona bierze za leczenie?
– Czasami bierze, ale zdarza się, że leczy za darmo. Ja na przykład ubiegłej jesieni spotkałam ją nad jeziorem. Popatrzyła mi w oczy i powiedziała: “Ciociu Zino, twoje oczy są żółtawe. Weź tę trawkę, zrób napar i pij – przejdzie”. I wiesz co? Przeszło! A białka oczu faktycznie były nie takie. Bolała mnie wtedy mocno wątroba. Teraz nie boli. Chodź, synku, może i twojej wątrobie pomoże.
– Mamo, mam problemy nie tyle z wątrobą. Nerka będzie operowana. Tu już żaden napar nie pomoże. Chociaż możemy pójść. Ciekawie będzie popatrzeć na jej dworek. Mówią, że do raju jest podobny…
– O tak, Świetnie się tu urządziła – Edek nie krył zachwytu, gdy przyszli do dworku Soni. – Kiedy ludzie na osiedlu oddawali wszystkie siły na budowę willi i kamiennych płotów, ona tworzyła prawdziwy raj. Popatrz, mamo, jaki płot wyhodowała z zieleni.
– Zobaczyłbyś jej ogród, to jeszcze bardziej byś się zachwycił. Ona jednak niewielu wpuszcza do swojego ogrodu – Zinaida otworzyła furtkę i głośno zawołała: – Soniu, jeśli jesteś w domu, wyjdź, proszę. Soniu, jesteś w domu?
Drzwi domku – dawnego budowlanego baraku – otworzyły się i na ganek wyszła dziewczyna. Płynnym ruchem zarzuciła na ramię gruby, jasny warkocz. Zinaida z synem zobaczyła, jak jej policzki oblał rumieniec. Zapięła ostatni guzik przy bluzce zasłaniającej piękne, jędrne piersi. Płynnie i z gracją zeszła młoda piękność z ganku i skierowała się dróżką do furtki, gdzie stała Zinaida z synem.
– Dzień dobry, ciociu Zinaido! Witam, Edwardzie! Jeśli macie ochotę, wejdźcie, proszę, do mojego ogrodu lub domu.
– Dziękuję za zaproszenie, chętnie wstąpimy – powiedziała Zinaida, a Edek nic nie powiedział i nawet się nie przywitał.
– Wiesz, Soniu, mój syn ma problem. Czeka go operacja. Chociaż będzie operowany w Ameryce, to jednak się martwię jak każda matka.
Sonia popatrzyła na Edka i zapytała:
– Co ci dolega, Edwardzie?
– Serce – z trudem wydusił z siebie Edek.
– Jak to serce? – wykrzyknęła Zinaida. – Mówiłeś przecież: wątroba i nerka! Kłamałeś, żebym się nie denerwowała?
– Nie kłamałem, lecz teraz, mamo, serce tak bije! Dotknij, jak bije – wziąwszy rękę matki, przytulił ją do swojej piersi: – Słyszysz? Zaraz wyskoczy i wybuchnie, jeśli nie przekonasz tej pięknej dziewczyny, żeby natychmiast wyszła za mnie za maż!
– Ależ z ciebie żartowniś – zaśmiała się Zinaida. – Prawie na śmierć przestraszyłeś swoją matkę.
– Mamo, ja nie żartuję, mówię poważnie – odparł Edek.
– Jeśli to nie żart – wesoło mówiła Zinaida – to powinieneś wiedzieć, że połowa osady wysyłała swatów dla swoich synów, jednak bez skutku. Ona nie chce wychodzić za maż. Sam zapytaj, synku, dlaczego ona nie chce, a nie przerzucaj tego na matkę.
Edek podszedł do Soni i cicho zapytał:
– Soniu, dlaczego za żadnego nie wyszłaś za maż?
– Dlatego – też cicho odparła Sonia – dlatego, że czekałam na ciebie, Edku.
– No, po prostu kabaret. żarty sobie z matki stroicie?
– Pobłogosław nas mamo, natychmiast, nie żartuję – zdecydowanie powiedział Edek i wziął Sonię za rękę.
– Ja też nie żartuję, ciociu Zino – poważnie odrzekła Sonia.
– Nie żartujecie… I ty, Soniu, też… Nie żartujesz… Jeśli nie żartujesz, to dlaczego ciągle mówisz do mnie ciociu, a nie mamo?
– Dobrze, będę cię nazywać mamą – drżącym głosem szepnęła Sonia, zrobiła krok ku Zinaidzie i… stanęła niezdecydowanie…
Zinaida nie była w stanie zrozumieć tak od razu, co jest w końcu grane. żartują z niej czy ja podpuszczają? W skupieniu patrzyła to na syna, to na Sonię… W pewnym momencie dotarła do niej cała powaga zamierzeń młodych i, zrozumiawszy to, rzuciła się do Soni, przytuliła do niej i zapłakała.
– Soniu, Sonieczko, córeńko, rozumiem już, że wy poważnie…
Drżały i ramiona Soni przytulonej do Zinaidy, ona też powtarzała przez łzy:
– Tak, mamo, naprawdę, bardzo, bardzo…
Potem młodzi wzięli się za ręce i spokojnym krokiem, nic nie widząc dookoła, poszli przez osiedle do rodzinnego dworku Edka. Przed nimi szła Zinaida. Śmiała się i płakała jednocześnie i non stop mówiła, podbiegając do każdego napotkanego:
– Myśmy przyszli… a oni raz! – i się zakochali. A ja raz! – i błogosławiłam… Wpierw myślałam, że to żart. A oni już! – i się zakochali. Ja im mówię… a oni do mnie: Wesele mamo nawet i dziś. Ludzie kochani, jakże tak?! Przecież trzeba się przygotować, musi być oficjalnie. Przecież to niemożliwe. Tak nie wolno.
Kiedy mniej więcej takiej samej opowieści wysłuchał mąż Zinaidy, spojrzał na młodych i rzekł:
– Zinulko, mówisz jak zawsze, jak karabin maszynowy. Co to znaczy, że nie można dzisiaj zrobić weselał Popatrz tylko na tych młodych. Wesele nie tylko że dzisiaj należy zrobić, ale nawet natychmiast.
Edek podszedł do ojca i go objął:
– Dziękuję ci, tato.
– Daj spokój z tym dziękowaniem i przytulaniem! Czas już krzyczeć: gorzko!
– Gorzko! Gorzko! – zakrzyknęli wszyscy obecni.
Edek i Sonia na oczach mieszkańców osiedla po raz pierwszy się pocałowali. Na weselu zebrali się wszyscy mieszkańcy, którzy byli tego dnia w domu. Improwizowane stoły weselne na świeżym powietrzu też wszyscy razem nakrywali. Do głębokiej nocy wesele śpiewało, a nie hałasowało, jak to zazwyczaj bywa na ukraińskich zabawach.
Nie zważając na prośby rodziców, młodzi zamieszkali nie w willi podobnej do zamku, ale w małym domku Soni.
– Zrozum, tato – przekonywał Edek – wybudowaliśmy tu zamek z różnymi dobudówkami na pół hektara, a takiej piękności jak w dworku Soni i takiego powietrza u nas nie ma. Połowę z tego należałoby zburzyć.
Po tym wszystkim, co usłyszał, ojciec Edka pił przez tydzień. Ale zaczął burzyć dobudówki ku zdziwieniu sąsiadów, mówiąc przy tym do siebie:
– Nabudowaliśmy tu z głupoty, wnuki nie zechcą zamieszkać w takich katakumbach…
Szczęśliwe życie Soni i Edka….
Stop! Zacząłem opowiadać o przyszłości: ona na pewno będzie wspaniała. A co teraz? Obecnie w Charkowie jest dobry dom dziecka. I dziewczynka Sonia też tam jest. Ona już poszła do trzeciej klasy, ale własnego hektara ziemi nie ma. Nie maja go także Tania, Katia, Sierioża… oraz setki tysięcy innych dzieci z domów dziecka. Ukraińska rada nawet jeszcze nie wniosła takiej propozycji do rozpatrzenia: dawać, czy nie, ludziom, mieszkańcom własnego kraju, włącznie z dziećmi sierotami, po jednym hektarze ziemi dożywotnio w celu stworzenia na nim rodowego dworu. Czy wybaczą im ich dzieci? Czy obecni posłowie będą mogli sami sobie wybaczyć?
czytaj także:
| Drukuj artykuł | Ten wpis został napisany przez Artur Jan Milicki na Tuesday, 17 November, 2009 o 09:14, i jest w kategorii eko-inspiracje. Podążaj za odpowiedziami do tego wpisu przez RSS 2.0. Możesz napisać komentarz, lub trackbacka z Twojej własnej strony. |
około 3 miesiące temu
Dlaczego wciąż wierzysz, że istnieje materia i duch? Czy to nie jest dualne postrzeganie? Czy to nie jest tak, że BÓG jest Jeden, więc albo materia, albo Duch? Czy takie myślenie nie prowadzi do rozszczepienia umysłu, który prowadzi do schizofrenii, która prowadzi do choroby, starości, cierpienia i śmierci? Jeśli Bóg jest Jeden, to dlaczego mielibyśmy Go dzielić na: Materia i Duch? Bóg to Bóg, nie prawda?
około 3 miesiące temu
Arturze, na szczescie “The Work” uwolnil mnie od bolu jaki spowodowalo to pytanie: “Czy wybacza im ich dzieci?” Byron Katie jest cudowna :-)…….